-Shit! Czy już na prawdę wszystkie książki muszą opowiadać o cholernych elfach?!- rozeźlony krasnolud rzucił tomik za siebie. Pech chciał że stał tam rozpalony kominek. Nowiutkie wydanie "Eragona" posłużyło za strawę dla żółto-czerwonych płomieni które wystrzeliły w górę z zadowoleniem.
-Do diabła z tym. I tak pałętało się tam za dużo tej zielonej zarazy.- nadal zły Godwik rozsiadł się w wyłożonym poduszkami drewnianym fotelu. Nogi huśtały mu się wesoło próbując polepszyć nastrój krasnoluda. Gdyby miały oczy rozglądały by się dookoła z zachwytem. Niestety Godwik dysponował tylko jedną ich parą a te spoczywały teraz pod powiekami.
Młody krasnolud był niezwykle wybuchowy, energiczny i bardzo niezadowolony. Był zapalonym (czasem wręcz dosłownie) czytelnikiem. Był poszukiwaczem, zupełnie jak małe dziecko które w porcji obiadu złożonej z zielonych warzyw szuka smacznego kawałka czekolady. Dla Godwika czekoladą była książka w której nie ma dendrofili i całej ich pokręconej rodzinki. Jako krasnolud pałał wrodzoną i pielęgnowaną nienawiścią do długonogich. Pielęgnował ją niemal tak bardzo jak swoją długą, piękną brodę którą co ranek zaplatał w warkocz i spinał pierścieniem znalezionym niedawno pod ławką w parku. Godwik był niewysoki nawet jak na krasnoluda. Był też dość duży ale nieprzerwanie tłumaczył to tym że waga się zepsuła i wyświetla dziwne komunikaty jak na nią wchodzi- przez co nie może się zważyć. Kompletnie ignorował uwagi starszej siostry na ten temat, kilka razy zdarzyło mu się nawet wylać na nią miód, jednak tylko wtedy kiedy była zbyt nachalna. Firr nie przejmowała się tym ani trochę bo była na tyle mądra (lub spostrzegawcza) że przy każdej takiej okazji zamykała się na pół godziny w kuchni i bogowie jedyni wiedzą jakie rytuały tam odprawiała. Po upływie tego czasu, do pięciu minut opóźnienia, wychodziła z tacą z której sypały się rogaliki różnego kształtu i smaku. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie zapach który się z nich unosił. Każdy wywoływał inną reakcję, ot taki niepozorny pół księżyc o zapachu soczewicy i pieczonej kaczki potrafił z największych wojów uczynić wrażliwe niczym wróżki, przytłoczone ciężarem życia, istotki. Inny, wachlarz pachnący miodem i mlekiem, powodował 3 dniową chorobę popularnie nazywaną kacem. Tak więc, rogaliki Firr, słynne na całą fantastyczną część miasta, traktowane były jak rosyjska ruletka. Coś w stylu "na kogo wypadnie, na tego bęc" z tą tylko różnicą że najdłuższe "bęc" trwało do miesiąca. Czysto teoretycznie mieszkańcy Carnforth mogliby zrezygnować z tej zabawy. Jednak rogaliki były tak pyszne, że nikt nigdy nie wahał się podjąć ryzyka. Każdej soboty do domu MacKenzie'ch wpadało kilka osób żeby się rozerwać. Czasem "rozerwanie" rzeczywiście następowało, wtedy niezawodna okazywała się szczotka samo sprzątająca, kupiona przez babcię Godwika na promocji w Nango.
Dom krasnoludów zawsze utrzymany był w nienagannej czystości. No, może za wyjątkiem soboty. Wtedy drewniana chatka przypominała raczej najgłębszą pieczarę chaosu po której jak w obłędzie biegały stwory różnego rodzaju. Następnego dnia wszystko wracało do normy, potłuczone kubki ze szkła wytwarzanego przez arcanowych magów sklejały się nie pozostawiając nigdzie nawet odłamka, poplamiona i porozrzucana wszędzie miłość Godwika ubrana w kubraczki z czerwonej i brązowej skóry doszorowywała się jak za dotknięciem magicznej różdżki a kolekcje nagród- za posiadanie największej biblioteczki w dzisiejszej Anglii i za największą ilość dokonanych zniszczeń przy pomocy ognia- pozowały do ciekawskich spojrzeń na półkach.
-Godwik!
Krasnolud nie otwierał oczu. Nie żeby coś mu się stało. Po prostu nie miał na to nawet najmniejszej ochoty.
-Znowu wrzucasz książki do kominka? Uważałbyś trochę, ta była moja.- nad głową stanęła mu siostra. Otworzył leniwie jedno oko. Pyzata twarzyczka wykrzywiła się w grymasie udawanej złości. Firr wycisnęła na niego mokrą ścierkę.
-Może ty byś uważała! Mam ci przypomnieć za czyje pieniądze kupiłaś tą książkę?- otrząsnął się i usiadł prosto. Rzucił w jej stronę nieprzychylne spojrzenie. Miała na sobie biały fartuszek w białe świnki.- Co ty masz na sobie?- dodał po chwili z uśmiechem.
-Nie widać? Fartuch który kupiłam za TWOJE pieniądze. Ten sam w którym gotuję ci od... -przechyliła głowę na bok- 5 lat? Kiedy to wrzuciłeś swoje rzeczy do MOJEGO domu, rozsiadłeś się w fotelu, zapaliłeś fajkę i zacząłeś czytać książkę. Tę samą książkę którą potem dostałam w głowę bo ważyłam się ci przeszkodzić!
-Gotujesz coś?- krasnolud w ogóle nie przejął się kazaniem. Był głodny, i to stało teraz na czele jego priorytetów.
-To zależy czy dla ciebie, czy dla mnie.
-Dla mnie?- nadzieja przyczepiła się do tonu jego głosu i ognistym mieczem stopiła lodowe serce Firr.
-Eh, jasne że tak. Jak codziennie! Jak codziennie od cholernych pięciu lat!- ostatnie słowa dało się słyszeć z korytarza.
Godwik uśmiechnął się sam do siebie i sięgnął do kieszeni po piękną, drewnianą fajkę. Wsypał tytoń, palcem narysował małą runę na końcówce drewna z której poleciało kilka iskier zapalając lufę. Zaciągnął się i wypuścił kilka kółek. Chwilę tak posiedział po czym wstał, wsunął pudełeczko z powrotem do kieszeni i skierował kroki do kuchni. Przeszedł przez korytarz którego ściany zastawione były książkami. Jedne były chudsze, inne grubsze, tym co je łączyło była skóra w którą zostały oprawione. Czerwona lub brązowa, odbijała słabe światło i sprawiała wrażenie jakby mrugała chcąc zachęcić do czytania. Na końcu korytarza były drzwi. Mimo że były solidnie wykonane i zatrzymałyby napór nawet trzystu kilogramów, nie umiały schować za sobą cienkich smużek dymu zmieszanego z zapachem potrawki. Krasnolud uchylił drzwi i zobaczył krzątającą się przy kuchence siostrę.
-Gdzie mi z tym obrzydlistwem.- rzuciła nawet się nie odwracając.
-Niezłego masz nosa- odparł Godwik i wszedł do środka. Usiadł ciężko na stołku.
-Jak dalej będziesz tylko siedział to na starość nogi ci odpadną- rzuciła Firr szczerząc się od ucha do ucha- masz i nie stękaj tak bardzo- postawiła przed nim parującą miskę.
Krasnolud nie czekając na nic zagasił fajkę i rzucił się na jedzenie jak wygłodniała wilczyca. Jedząc tak i niespecjalnie chowając części mięsa w brodzie- na później, usłyszał dzwonek do drzwi.
-Slyghalas?
-Hm?- dziewczyna odwróciła się do niego.
-Czy słyszałaś,- przełknął spory kawałek ziemniaka- ktoś dzwonił.
-Nie, ale jak już usłyszałeś to mógłbyś się łaskawie ruszyć.
Godwik niechętnie wstał, strzykając wszystkimi 206 kośćmi. Z tylko do połowy napełnionym brzuchem poszedł otworzyć drzwi. Szarpał się chwilę z klamką aż ta w końcu ustąpiła. Kiedy uchylił drzwi, zrozumiał czemu nie chciała ustąpić...